Dawno dawno temu byli sobie Pan i Pani.
Co byli w sobie zakochani.
I podjęli decyzję, aby być ze sobą.
Tutaj wielka scena weselna, uroczyste tak, tańce, wino, śpiew.
Do wyboru - kameralna scena we dwoje na plaży, wiatr, śpiew mew i szum fal.
Albo szczyty ośnieżonych gór i echo powtarzające wśród skał "tak tak tak...".
Jakkolwiek by to nie wyglądało potem przychodzą po prostu zwyczajne dni, tak zwyczajne, że w pewnym momencie ma się problem z odróżnieniem poniedziałku od soboty... Rutynowe czynności, dzieciowe problemy, kłótnie, choroby, problemy, problemiki, niedospane noce, niedopowiedziane zdania, niewypowiedziane pretensje, żale, dąse-ąse-floresy... Rachunki do zapłacenia, wiązanie końca z końcem, utrata pracy, szukanie pracy, afery w pracy, zmęczenie, stres.
Frustracja... Taka rosnąca, pęczniejąca. I rutyna, która z jednej strony pozwala ogarnąć pełną chatę, okiełznać temperamenty pociech od brzdąca 18mcy buszującego po mieszkaniu, doskonalącego technikę wchodzenia po uchwytach mebli kuchennych na blat, topiącego ubrania i maskotki w wc, bo umiejętność podnoszenia klapy wc jest super! Przez 6 latkę, która wchodzi w drugi bunt dojrzewania przedszkolnego, przynosząca nowe "słówka", waląca bez cukrzenia, co myśli, by za chwilę zalać się łzami, bo jest pora mycia zębów... Po nastolatka z burzą hormonów, buntem egzystencjonalnym i nastawieniem "a po co mi to wszystko!?" przygotowującym się do egzaminów na koniec 8 klasy w mega chaosie fundowanym przez nauczycieli podlewanych sosem "(de)reformy" edukacji.
Gdzie szukać równowagi? Sił? Sensu? Sposobów na przetrwanie tych zawirowań czaso-przestrzeni, które niczym struny drgają, wibrują i czasem doprowadzają do szału...
Są dni, gdy wystarczy przytulenie. Po prostu. Jeden prosty gest. Kojący.
Taka deklaracja: "choćby skały sra...ły - jestem z Tobą, przy Tobie! damy radę".
Są też dni, gdy nastaje cisza, gdy każde siedzi w jaskini i szuka spokoju najpierw w sobie.
Taka samotność we dwoje.
Trudna do zaakceptowania, trudna czasem do zniesienia, gdy jednej stronie (tak, najczęściej mi!) potrzebne jest to przytulenie, ten sygnał - będzie OK!
To jest życie.
Z jego odcieniami.
Banalne górki i doliny. Banalne chwile. Gorsze i lepsze nastroje.
Oddalanie i zbliżanie.
Fizyka przyciągania i odpychania, w granicach zachowania równowagi.
Dwoje obcych ludzi, którzy zdecydowali się stać bliskimi dla siebie. Uczących się bez przerwy czegoś nowego o sobie, o tym JAK być ze sobą.
I to czy będą ze sobą zależy przede wszystkim od tego, CZY wciąż chcą się uczyć bycia ze sobą. Akceptowania różnic, wad, wybaczania błędów.
Zakochiwania się w sobie na nowo...
Banalne słowa.
Potężne wyzwanie...
Zdecydowanie wolę zapamiętać to, co chyli się ku zapomnieniu. A to, co wryło się w moją pamięć, niech pochłonie kurz codzienności. Ubieram w słowa obnażone uczucia, wydobyte z bezkresnej przestrzeni ludzkich emocji na synapsach.
poniedziałek, 7 stycznia 2019
czwartek, 3 stycznia 2019
Bim bam bom
"Krok po kroczku, krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku, idą święta..."
Bim bam bom...
Szał zakupowy, dżingle reklamowe rzucają się na mózg, "last kristmas" puszczany pierdylion razy stępił już uszy. Idą święta...
Tylko czy my na serio świętujemy?
W tym całym zabieganiu? Myśleniu o tym, o tamtym, o jeszcze siamtym, ah! i jeszcze tamto-siamto... Trzeba kupić, trzeba zrobić, trzeba pomyśleć, trzeba zaplanować, trzeba ugotować, trzeba upiec, trzeba posprzątać, trzeba przystroić, trzeba wypucować, trzeba...
TRZEBA! Bo idą święta!
Trzeba? Serio trzeba?
Pada śnieg za oknem. Drobny pył. Pola pokryte bielą, igły sosnowe oprószone.
Mała Ala skasowała mi właśnie tabelkę, nasypała ryżu na klawiaturę...
"Ojoooj niam niam".
I to są właśnie zwyczajne święta.
-------
I co? I po świętach, po Sylwestrze.
I co ? Dni lecą, jak leciały. Deszcze się skończyły, huragan przetargał chmury i sypnęło w końcu śniegiem.
I co? Słodkie lenistwo się skończyło, znów klepię w klawiaturę, tylko jeszcze ciut ciut zdziebko wolniej ;) Trzeba się znów wprawić w wypełnianie tabelek, dokumentów i całą tą papierologię.
I co? Znów ludzie dzwonią i "opier..." za spóźnienia w dostawie. Jakbym była firmą kurierską ;)
I co? Choinka sobie miga lampkami, pachnie wciąż lasem i jest O.K.
Mimo, że codzienność nie zna pojęcia "świąt".
Problemy, problemiki, kłopoty i sprawy do załatwienia.
Śniadania, kolacje, obiady do ugotowania, pranie do nastawienia, podłogi do uprzątnięcia, lekcje do odrobienia, te ze szkoły i te wychowawcze... Rozmowy, tłumaczenie, płacenie rachunków. Praca. Brak pracy. Zakupy. Chwile odpoczynku.
Rodzina to właśnie ta zwyczajna codzienność przeplatana Gwiazdką, Nowym Rokiem, Wielkanocą, urodzinami, feriami, wakacjami, urlopami i ...chorobami :D
Tak po prostu.
Bim bam bom...
Szał zakupowy, dżingle reklamowe rzucają się na mózg, "last kristmas" puszczany pierdylion razy stępił już uszy. Idą święta...
Tylko czy my na serio świętujemy?
W tym całym zabieganiu? Myśleniu o tym, o tamtym, o jeszcze siamtym, ah! i jeszcze tamto-siamto... Trzeba kupić, trzeba zrobić, trzeba pomyśleć, trzeba zaplanować, trzeba ugotować, trzeba upiec, trzeba posprzątać, trzeba przystroić, trzeba wypucować, trzeba...
TRZEBA! Bo idą święta!
Trzeba? Serio trzeba?
Pada śnieg za oknem. Drobny pył. Pola pokryte bielą, igły sosnowe oprószone.
Mała Ala skasowała mi właśnie tabelkę, nasypała ryżu na klawiaturę...
"Ojoooj niam niam".
I to są właśnie zwyczajne święta.
-------
I co? I po świętach, po Sylwestrze.
I co ? Dni lecą, jak leciały. Deszcze się skończyły, huragan przetargał chmury i sypnęło w końcu śniegiem.
I co? Słodkie lenistwo się skończyło, znów klepię w klawiaturę, tylko jeszcze ciut ciut zdziebko wolniej ;) Trzeba się znów wprawić w wypełnianie tabelek, dokumentów i całą tą papierologię.
I co? Znów ludzie dzwonią i "opier..." za spóźnienia w dostawie. Jakbym była firmą kurierską ;)
I co? Choinka sobie miga lampkami, pachnie wciąż lasem i jest O.K.
Mimo, że codzienność nie zna pojęcia "świąt".
Problemy, problemiki, kłopoty i sprawy do załatwienia.
Śniadania, kolacje, obiady do ugotowania, pranie do nastawienia, podłogi do uprzątnięcia, lekcje do odrobienia, te ze szkoły i te wychowawcze... Rozmowy, tłumaczenie, płacenie rachunków. Praca. Brak pracy. Zakupy. Chwile odpoczynku.
Rodzina to właśnie ta zwyczajna codzienność przeplatana Gwiazdką, Nowym Rokiem, Wielkanocą, urodzinami, feriami, wakacjami, urlopami i ...chorobami :D
Tak po prostu.
wtorek, 13 listopada 2018
McKwacz
Zadomowiamy się.
Systematycznie.
Z każdym dniem.
Kolejnym odpaleniem piekarnika, upieczonym ciastem, drobiazgiem wykończeniówki.
Szczerze - czujemy zmęczenie i wypalenie.
I odkąd zamontowali nam drzwi (HUUUURRRAAAA!!!) to ... odsypiamy te wszystkie setki godzin pracy i remontu i przeprowadzki i układania i ... tego wszystkiego.
Zaliczyliśmy już choróbsko na swoim.
Tzn dziewczyny zaliczyły.
I awarię "geberita", co nie liczy się z ilością przelewanej wody :D
I przeciekającego brodzika, bo silikon był sobie odszedł.
I niespodziewanych gości, którzy są ZAWSZE mile widziani :)
I pierwsze faktury do zapłaty :D
I spacery po zagajnikach, gdzie udało się zebrać maślaki do porannej jajecznicy.
I spotkania z zającem, co czmycha spod nóg.
I utracone zęby mleczne.
I pierwsze słowa...
I ucieczki przed dzikiem, co jest dziki i zły.
I spacery polnymi drogami, przy których rosną dęby.
Wiele rzeczy zostało nam jeszcze do zrobienia.
Sufity w łazienkach do wyszlifowania po gładziach i przemalowania.
Ściany do reperacji ubytków po przeprowadzce i przemalowania w niektórych miejscach (oj, działo się, działo! :D), listwy do wykończenia podłóg, wykończenie schodów...
Jeszcze trochę wydatków na meble do pokoju dzieciaków (biurko, krzesła, regały na książki), sofę do salonu, coby goście na podłodze spać nie musieli, rolety do okien (coby sąsiedzi nie podziwiali nas co poranek/wieczór :D), patelnie, garnki na płytę indukcyjną, wykończenie ściany między szafkami w kuchni.
Do tego święta idą. A potem ferie zimowe.
A jeszcze buty, kurtki trza wyszykować/ nakupować, bo jakoś dzieciaki znów większe się porobiły ;) I rękawy za krótkie, nogawki za kuse, a buty za małe - trza by było niczym u Kopciuszkowych sióstr palce u nóg up... uciąć ;)
Zajęcia dodatkowe, tańce, języki i chlapanie.
Lista spora :) Niczym u Państwa Młodych.
W sumie my i Państwo, i Młodzi, i na swoim ;)
W tym wszystkim tkwi cierń, który po prostu ...tkwi.
Budujemy z Małżem mozolnie, z dużym wyzwaniem DOM dla nas i dla dzieci.
WSZYSTKICH. Jesteśmy sporą Rodzinką. Zusammen.
Martwimy się o przyszłość dzieci, ich zdrowie, edukację, samopoczucie, emocje...
Cieszymy z sukcesów. Wspieramy w porażkach. Dodajemy otuchy, a czasem przysłowiowego "kopa na zapęd". Tworzymy Rodzinę.
Dla Andrzeja, Młody i Młoda to (jak mawiają niektórzy) "obce" dzieci.
A jednak KOCHA Je i wychowuje. Choć WCALE ŁATWO NIE JEST.
Martwi się, gdy chorują, rozmawia, bawi się, spędza czas, uczy robić przysiady i pompki, przerzuty judoki, "gigla" w zabawach, żartuje, mówi poważnie, gdy trzeba postawi do pionu.
I utrzymuje. Mimo, że nikt i nic mu tego nie nakazał. Żaden wyrok sądowy, żaden "przymus" z mojej strony.
Tylko i wyłącznie - wewnętrzna męska i ojcowska odpowiedzialność.
Nie liczy grosza niczym McKwacz.
Nie rozdziela, to dla MOJEJ córki, a to dla TWOICH dzieci.
Zrezygnuje ze swoich potrzeb, marzeń, byle by dzieci miały to, co potrzebne.
I wtedy wkurza ten cierń świadomości, że ktoś inny powinien też zadbać.
Ktoś inny powinien czuć się zobowiązany.
Bo to przecież kość z kości, krew z krwi...
A zamiast tego jest pokaz manipulacji i obietnic bez pokrycia.
ASAP... które trwa latami.
I "wszystko jest ok"... :/
I trzeba "bawić się" w prawne przepychanki, które trwają miesiącami...
Małż mawia, żebym olała temat.
Bo DAMY RADĘ. Bo dzieciaki są szczęśliwe.
Dla nich nie ma znaczenia, czy chleb kupiony z mojej czy Jego pensji, czy z alimentów.
One i tak rosną, i zaczynają dostrzegać życie... Rozumieć, co się dzieje.
A dla Niego ważniejsze jest to, żebym była spokojna i szczęśliwa.
W końcu.
Bo kiedyś to wszystko (dobre i złe) wróci.
Bo wraca.
Tylko czasem bywa za późno.
By odwrócić...
Systematycznie.
Z każdym dniem.
Kolejnym odpaleniem piekarnika, upieczonym ciastem, drobiazgiem wykończeniówki.
Szczerze - czujemy zmęczenie i wypalenie.
I odkąd zamontowali nam drzwi (HUUUURRRAAAA!!!) to ... odsypiamy te wszystkie setki godzin pracy i remontu i przeprowadzki i układania i ... tego wszystkiego.
Zaliczyliśmy już choróbsko na swoim.
Tzn dziewczyny zaliczyły.
I awarię "geberita", co nie liczy się z ilością przelewanej wody :D
I przeciekającego brodzika, bo silikon był sobie odszedł.
I niespodziewanych gości, którzy są ZAWSZE mile widziani :)
I pierwsze faktury do zapłaty :D
I spacery po zagajnikach, gdzie udało się zebrać maślaki do porannej jajecznicy.
I spotkania z zającem, co czmycha spod nóg.
I utracone zęby mleczne.
I pierwsze słowa...
I ucieczki przed dzikiem, co jest dziki i zły.
I spacery polnymi drogami, przy których rosną dęby.
Wiele rzeczy zostało nam jeszcze do zrobienia.
Sufity w łazienkach do wyszlifowania po gładziach i przemalowania.
Ściany do reperacji ubytków po przeprowadzce i przemalowania w niektórych miejscach (oj, działo się, działo! :D), listwy do wykończenia podłóg, wykończenie schodów...
Jeszcze trochę wydatków na meble do pokoju dzieciaków (biurko, krzesła, regały na książki), sofę do salonu, coby goście na podłodze spać nie musieli, rolety do okien (coby sąsiedzi nie podziwiali nas co poranek/wieczór :D), patelnie, garnki na płytę indukcyjną, wykończenie ściany między szafkami w kuchni.
Do tego święta idą. A potem ferie zimowe.
A jeszcze buty, kurtki trza wyszykować/ nakupować, bo jakoś dzieciaki znów większe się porobiły ;) I rękawy za krótkie, nogawki za kuse, a buty za małe - trza by było niczym u Kopciuszkowych sióstr palce u nóg up... uciąć ;)
Zajęcia dodatkowe, tańce, języki i chlapanie.
Lista spora :) Niczym u Państwa Młodych.
W sumie my i Państwo, i Młodzi, i na swoim ;)
W tym wszystkim tkwi cierń, który po prostu ...tkwi.
Budujemy z Małżem mozolnie, z dużym wyzwaniem DOM dla nas i dla dzieci.
WSZYSTKICH. Jesteśmy sporą Rodzinką. Zusammen.
Martwimy się o przyszłość dzieci, ich zdrowie, edukację, samopoczucie, emocje...
Cieszymy z sukcesów. Wspieramy w porażkach. Dodajemy otuchy, a czasem przysłowiowego "kopa na zapęd". Tworzymy Rodzinę.
Dla Andrzeja, Młody i Młoda to (jak mawiają niektórzy) "obce" dzieci.
A jednak KOCHA Je i wychowuje. Choć WCALE ŁATWO NIE JEST.
Martwi się, gdy chorują, rozmawia, bawi się, spędza czas, uczy robić przysiady i pompki, przerzuty judoki, "gigla" w zabawach, żartuje, mówi poważnie, gdy trzeba postawi do pionu.
I utrzymuje. Mimo, że nikt i nic mu tego nie nakazał. Żaden wyrok sądowy, żaden "przymus" z mojej strony.
Tylko i wyłącznie - wewnętrzna męska i ojcowska odpowiedzialność.
Nie liczy grosza niczym McKwacz.
Nie rozdziela, to dla MOJEJ córki, a to dla TWOICH dzieci.
Zrezygnuje ze swoich potrzeb, marzeń, byle by dzieci miały to, co potrzebne.
I wtedy wkurza ten cierń świadomości, że ktoś inny powinien też zadbać.
Ktoś inny powinien czuć się zobowiązany.
Bo to przecież kość z kości, krew z krwi...
A zamiast tego jest pokaz manipulacji i obietnic bez pokrycia.
ASAP... które trwa latami.
I "wszystko jest ok"... :/
I trzeba "bawić się" w prawne przepychanki, które trwają miesiącami...
Małż mawia, żebym olała temat.
Bo DAMY RADĘ. Bo dzieciaki są szczęśliwe.
Dla nich nie ma znaczenia, czy chleb kupiony z mojej czy Jego pensji, czy z alimentów.
One i tak rosną, i zaczynają dostrzegać życie... Rozumieć, co się dzieje.
A dla Niego ważniejsze jest to, żebym była spokojna i szczęśliwa.
W końcu.
Bo kiedyś to wszystko (dobre i złe) wróci.
Bo wraca.
Tylko czasem bywa za późno.
By odwrócić...
wtorek, 16 października 2018
Na swoim
Życie na swoim po przeprowadzce?
Hmmmm....
Primo - nic nie można było znaleźć. Tzn dalej są rzeczy, które się nie znalazły, albo po prostu się znajdą w najmniej oczekiwanych miejscach.
Kable do wieży stereo i głośników znalazły się w... kosmetyczce :D
Secundo - to okazja do generalnych porządków!
Nie, nie chodzi o mycie okien i takie tam pierdoły. Chodzi o generalne porządki w stanie posiadania.
Okazuje się, że wywozimy do segregacji worki ubrań, patelni (bo nie działają na płycie indukcyjnej), garnków (bo nie działają na płycie indukcyjnej), czajniczków/zaparzaczy do kawy po turecku (bo nie działają na płycie indukcyjnej)... Tabuny makulatury, bo każdy parawan, wanna, brodzik, armatura to pierdylion pudełek, pudełeczek, folii, taśm itd...
Tertio - to poligon i przetrwanie. Survival emocjonalny, gdy te wszystkie elementy związane ze stresem bankowo-notarialnym, zawodowym, wykończeniówką własnego M nakładają się z życiem osobistym. Kagańce, obroże i podręczne zestawy łagodzące stres niezbędne...
Wychodzą z "ludziów" najpaskudniejsze zachowania...
I trzeba to przetrawić, przegryźć albo zrobić "emocjonalnego pawia" i wyjaśnić, co się dzieje.
Ludzie mówią mi (w formie pytającej oczywiście) "noooo, to jesteś teraz już szczęśliwa (?), w końcu masz własny dach nad głową...(?)"
A ja patrzę wtedy na nich, jak na kosmiczny gatunek i łapię się na jednej myśli - qrcze, jak mi się spać chce!!! :D
I tak to leci...
Łazienka na górze po 7 tygodniach powoli jest na ukończeniu.
Schody... większość stopni zaolejowane, trzy barierki wkręcone i zainstalowane. Czeka nas użeranie się z panem stolarzem, który mimo szablonów skopał dwa stopnie zabiegowe. Tzn szablony były i są dobre. Tylko pan stolarz zamiast podłożyć od spodu szablon, żeby nie liczyć "noska", to sobie przyciął wg szablonu z noskiem... no i po przyłożeniu stopnie są za krótkie. O ten cholerny nosek!
Drzwi... czekaaaamyyyy. Czekaliśmy 7 tygodni to poczekamy kolejne 2-3. W sumie co za różnica :D
Koc w drzwiach łazienkowych to też dobre rozwiązanie.
Powoli uzupełniamy meble, regały, szafki...
Robi się przytulnie. Po domowemu.
Przy dzieciach to trudno żeby nie było po domowemu. Bałagan potrafią zrobić niezależnie od warunków bytowych ;)
Byle do świąt. Do tego czasu się ogarniemy. Na pewno.
Tylko jeszcze nie jestem pewna, czy Bożego Narodzenia, czy Wielkiej Nocy ;)
Hmmmm....
Primo - nic nie można było znaleźć. Tzn dalej są rzeczy, które się nie znalazły, albo po prostu się znajdą w najmniej oczekiwanych miejscach.
Kable do wieży stereo i głośników znalazły się w... kosmetyczce :D
Secundo - to okazja do generalnych porządków!
Nie, nie chodzi o mycie okien i takie tam pierdoły. Chodzi o generalne porządki w stanie posiadania.
Okazuje się, że wywozimy do segregacji worki ubrań, patelni (bo nie działają na płycie indukcyjnej), garnków (bo nie działają na płycie indukcyjnej), czajniczków/zaparzaczy do kawy po turecku (bo nie działają na płycie indukcyjnej)... Tabuny makulatury, bo każdy parawan, wanna, brodzik, armatura to pierdylion pudełek, pudełeczek, folii, taśm itd...
Tertio - to poligon i przetrwanie. Survival emocjonalny, gdy te wszystkie elementy związane ze stresem bankowo-notarialnym, zawodowym, wykończeniówką własnego M nakładają się z życiem osobistym. Kagańce, obroże i podręczne zestawy łagodzące stres niezbędne...
Wychodzą z "ludziów" najpaskudniejsze zachowania...
I trzeba to przetrawić, przegryźć albo zrobić "emocjonalnego pawia" i wyjaśnić, co się dzieje.
Ludzie mówią mi (w formie pytającej oczywiście) "noooo, to jesteś teraz już szczęśliwa (?), w końcu masz własny dach nad głową...(?)"
A ja patrzę wtedy na nich, jak na kosmiczny gatunek i łapię się na jednej myśli - qrcze, jak mi się spać chce!!! :D
I tak to leci...
Łazienka na górze po 7 tygodniach powoli jest na ukończeniu.
Schody... większość stopni zaolejowane, trzy barierki wkręcone i zainstalowane. Czeka nas użeranie się z panem stolarzem, który mimo szablonów skopał dwa stopnie zabiegowe. Tzn szablony były i są dobre. Tylko pan stolarz zamiast podłożyć od spodu szablon, żeby nie liczyć "noska", to sobie przyciął wg szablonu z noskiem... no i po przyłożeniu stopnie są za krótkie. O ten cholerny nosek!
Drzwi... czekaaaamyyyy. Czekaliśmy 7 tygodni to poczekamy kolejne 2-3. W sumie co za różnica :D
Koc w drzwiach łazienkowych to też dobre rozwiązanie.
Powoli uzupełniamy meble, regały, szafki...
Robi się przytulnie. Po domowemu.
Przy dzieciach to trudno żeby nie było po domowemu. Bałagan potrafią zrobić niezależnie od warunków bytowych ;)
Byle do świąt. Do tego czasu się ogarniemy. Na pewno.
Tylko jeszcze nie jestem pewna, czy Bożego Narodzenia, czy Wielkiej Nocy ;)
środa, 10 października 2018
Bo...
Zatrzymałam się.
Zamknęłam.
W milczeniu.
Gdy za dużo dzieje się, gdy trudno ogarnąć rzeczywistość, która zaczyna zachowywać się, jak wataha wściekłych zdarzeń osaczających zewsząd, to zamykam się. I milczę.
Gdy czuję się niezrozumiana - milczę.
Gdy jestem zraniona - milczę.
Słowa są bezużyteczne w zderzeniu z murem obojętności i postawy "niepodważalnego autorytetu". Nie ma znaczenia, co myślę.
Od małego człowieka zaczynamy "modelować myślenie".
"Uczyć", że nie można mówić, tego, co się myśli...
Bo "co inni pomyślą/powiedzą?".
Bo "może kogoś urażę".
Bo "wyjdę na głupca".
Bo "TAK nie wypada!!".
Bo "TAK nie można!!".
Bo "wszyscy uważają inaczej, TYLKO ty masz INNE zdanie".
Bo " znów będą się ze mnie śmiali..."
Bo "nikt mnie nie zrozumie..."
Bo "śmiali się ze mnie, jak powiedziała(e)m co myślę".
Bo ....
I tak żyjemy w Matrixie. Dyplomatycznych półprawd, góralskich goovno-prawd, niedomówień, niedopowiedzeń. Byle nie bolało, byle nie uraziło, byle INNI byli zadowoleni...
My nie musimy. I powoli zamykamy się, albo tworzymy swoje "avatary" do "poprawnego politycznie" komunikowania z ludźmi.
Coraz częściej nie ma z KIM pogadać. Bez osądzania, bez krytyki, bez ośmieszania, bez porównywania, bez obrażania się na to, co myślimy... Tak po prostu POGADAĆ. Życzliwie. Uczciwie...
Ja jestem INNA. Ty jesteś INNA(Y). Myślimy inaczej. Ale to nie znaczy, że gorzej, głupiej...
Oddalamy się od siebie na własne życzenie.
Tworząc samotne wyspy niezrozumiałego milczenia...
p.s. nie, nie chodzi mi o "walenie prawdy prosto w oczy" w złości i złych emocjach. Piszę o normalnych relacjach...
Zamknęłam.
W milczeniu.
Gdy za dużo dzieje się, gdy trudno ogarnąć rzeczywistość, która zaczyna zachowywać się, jak wataha wściekłych zdarzeń osaczających zewsząd, to zamykam się. I milczę.
Gdy czuję się niezrozumiana - milczę.
Gdy jestem zraniona - milczę.
Słowa są bezużyteczne w zderzeniu z murem obojętności i postawy "niepodważalnego autorytetu". Nie ma znaczenia, co myślę.
Od małego człowieka zaczynamy "modelować myślenie".
"Uczyć", że nie można mówić, tego, co się myśli...
Bo "co inni pomyślą/powiedzą?".
Bo "może kogoś urażę".
Bo "wyjdę na głupca".
Bo "TAK nie wypada!!".
Bo "TAK nie można!!".
Bo "wszyscy uważają inaczej, TYLKO ty masz INNE zdanie".
Bo " znów będą się ze mnie śmiali..."
Bo "nikt mnie nie zrozumie..."
Bo "śmiali się ze mnie, jak powiedziała(e)m co myślę".
Bo ....
I tak żyjemy w Matrixie. Dyplomatycznych półprawd, góralskich goovno-prawd, niedomówień, niedopowiedzeń. Byle nie bolało, byle nie uraziło, byle INNI byli zadowoleni...
My nie musimy. I powoli zamykamy się, albo tworzymy swoje "avatary" do "poprawnego politycznie" komunikowania z ludźmi.
Coraz częściej nie ma z KIM pogadać. Bez osądzania, bez krytyki, bez ośmieszania, bez porównywania, bez obrażania się na to, co myślimy... Tak po prostu POGADAĆ. Życzliwie. Uczciwie...
Ja jestem INNA. Ty jesteś INNA(Y). Myślimy inaczej. Ale to nie znaczy, że gorzej, głupiej...
Oddalamy się od siebie na własne życzenie.
Tworząc samotne wyspy niezrozumiałego milczenia...
p.s. nie, nie chodzi mi o "walenie prawdy prosto w oczy" w złości i złych emocjach. Piszę o normalnych relacjach...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



